top of page

Trump nie chce Grenlandii. On chce czegoś więcej

  • Zdjęcie autora: Newsroom Darius
    Newsroom Darius
  • 1 dzień temu
  • 2 minut(y) czytania

Spór o Grenlandię nie dotyczy w istocie losów samej wyspy. Donald Trump chętnie podkreśla, że Grenlandia jest potrzebna Stanom Zjednoczonym ze względu na „bezpieczeństwo narodowe”. Gdyby jednak rzeczywiście chodziło wyłącznie o ten aspekt, USA nie znalazłyby się dziś w politycznym konflikcie z Europą wokół Arktyki.


Kopenhaga i Nuuk od dawna jasno deklarują, że nie mają nic przeciwko zwiększeniu amerykańskiej obecności wojskowej na Grenlandii — o ile odbywałoby się to w ramach już obowiązujących porozumień. W czasie zimnej wojny Stany Zjednoczone utrzymywały na wyspie około 10 tysięcy żołnierzy oraz kilkanaście baz wojskowych. Dziś funkcjonuje tam tylko jedna placówka — Pituffik Space Base — z załogą liczącą około 150 żołnierzy.


Amerykanie nie zostali z Grenlandii wyparci. To Waszyngton sam zdecydował o ograniczeniu swojej obecności.


Potwierdził to również duński minister spraw zagranicznych Lars Løkke Rasmussen, który w tym tygodniu przebywał w Białym Domu. Podkreślił on, że Dania nie widzi przeszkód, aby USA ponownie zwiększyły swoją obecność wojskową na Grenlandii, pod warunkiem że będzie to zgodne z obowiązującymi umowami międzynarodowymi.


Trumpa jednak taka formuła nie satysfakcjonuje. I to właśnie sugeruje, że nie chodzi wyłącznie — a być może nawet nie przede wszystkim — o bezpieczeństwo Grenlandii.


Moim zdaniem kluczowym, a jednocześnie często pomijanym aspektem całej sprawy jest fakt, że „kwestia Grenlandii” stanowi wygodny pretekst do eskalowania napięć na linii USA–UE oraz do pogłębiania podziałów wewnątrz samej Unii Europejskiej. Już dziś widać to w europejskich debatach, także w Polsce: część państw będzie skłonna bronić autonomii Grenlandii, inne natomiast mogą otwarcie sprzyjać amerykańskiej ekspansji w Arktyce.


Nie jest to przypadek. W nowej amerykańskiej strategii bezpieczeństwa cele te zostały zapisane wprost. Stany Zjednoczone dążą do osłabienia Unii Europejskiej i stworzenia alternatywnego bloku państw — określanych jako „zdrowe narody Europy Centralnej, Wschodniej i Południowej” — skupionych wokół Waszyngtonu.


Taka wizja trafia na podatny grunt w części środowisk eurosceptycznych, ponieważ przypomina hasło „Europy Narodów”. Faktem jest, że Unia Europejska wymaga reform — temu trudno zaprzeczyć. Problem polega jednak na tym, że propozycja Trumpa nie jest reformą. To próba rozsadzenia UE od środka i zbudowania w Europie bloku wyraźnie proamerykańskiego.


Nie byłby to jednak blok realnie reprezentujący interesy poszczególnych państw europejskich. Nie byłaby to „Europa Narodów”, lecz struktura podporządkowana amerykańskim interesom strategicznym — de facto polityczne przedłużenie władzy Stanów Zjednoczonych na kontynencie europejskim.


Komentarze


bottom of page