top of page

TikTok „zagrożeniem”, dopóki był chiński. Teraz cenzura ma już amerykańską twarz

  • Zdjęcie autora: Newsroom Darius
    Newsroom Darius
  • 28 sty
  • 1 minut(y) czytania

Gdy TikTok znajdował się pod chińską kontrolą, Waszyngton bił na alarm. „Zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego”, „ochrona wolności słowa”, „obrona amerykańskiej demokracji” — to były hasła, którymi uzasadniano konieczność odebrania platformy właścicielowi z Pekinu.


Dziś TikTok działa w strukturze kontrolowanej przez USA. I nagle Amerykanie zaczynają odkrywać coś niewygodnego: jedynymi ludźmi, którzy kiedykolwiek cenzurowali ich w tak bezpośredni i agresywny sposób, nie byli urzędnicy w Pekinie, lecz decydenci w Kalifornii i Waszyngtonie.


Narracja była prosta. TikTok pod chińską kontrolą był „niebezpieczny”, bo mógłby cenzurować treści polityczne. TikTok pod kontrolą amerykańską stał się nagle „bezpieczny” — mimo że realnie ogranicza i usuwa treści krytyczne wobec urzędującego prezydenta.


To nie jest żaden błąd systemu. To nie „glitch”.To moment, w którym propaganda, pozbawiona wygodnego zagranicznego wroga, musi pokazać swoją krajową twarz.

Przez lata Amerykanom wmawiano, że problemem jest obca władza, obca ideologia, obcy system. Tymczasem gdy kontrola nad platformą trafiła w „właściwe ręce”, wolność słowa wcale nie została uratowana — została przejęta.


Najbardziej ironiczna jest jednak jedna rzecz. Chiny nigdy nie musiały kontrolować TikToka, żeby uciszać Amerykanów. Ameryka musiała przejąć TikToka, żeby móc to robić skutecznie.


To nie jest historia o bezpieczeństwie narodowym. To historia o władzy nad narracją — i o tym, jak łatwo wolność słowa staje się sloganem, gdy przestaje być wygodna.



Komentarze


bottom of page