Jestem samotny, ale boję się, że trafię do piekła za bycie gejem. Co mam zrobić?
- Newsroom Darius
- 10 kwi
- 3 minut(y) czytania
Nie chcę być gejem. Jeśli będę żył zgodnie z tym, kim jestem, pójdę do piekła. Krótkie życie pełne przypadkowego seksu i tymczasowych relacji (tymczasowych, bo ktoś w końcu umrze i to się skończy) nie jest warte cierpienia, które przyjdzie potem.
Chcę, żeby kochał mnie mężczyzna, ale nie mogę go mieć, bo to grzech. Moje jedyne opcje to samotność i celibat albo próba pokochania kobiety i wiara, że Bóg mnie zmieni. Nie wiem, co robić. Boję się być sobą, bo to jest złe. Chcę być dobry i iść do nieba, ale chcę też być kochany tak, jak tego pragnę.
Wiem, że Bóg nie kocha praktykujących gejów i że nie idą oni do nieba. Nie wiem, co robić.
Cześć,
Bardzo się cieszę, że napisałeś. Jestem z ciebie dumny i — mam nadzieję, że to nie zabrzmi zbyt mocno — chcę okazać ci trochę miłości, bo przez lata mojego życia myślałem i czułem dokładnie to samo i bardzo bym chciał, żeby ktoś wtedy, nawet obcy z internetu, mi pomógł.
Samo napisanie tej wiadomości wymagało odwagi. Zrobiłeś coś bardzo trudnego: nazwałeś swoją prawdę i podzieliłeś się nią z kimś innym. Nawet spisanie tego musiało być przerażające. Mam nadzieję, że czujesz się tu bezpiecznie.
Nie jestem teologiem ani pastorem. Nie będę udawał, że wiem, co Bóg myśli o czymkolwiek, w tym o tobie. Mogę powiedzieć tylko to, co widziałem, czego doświadczyłem i w co wierzę.
Powiedziano ci coś bardzo konkretnego: że Bóg nie kocha „praktykujących” gejów, że nie idziemy do nieba i że nasza miłość jest obrzydliwością. Chcę, żebyś zrozumiał, że to jest interpretacja. Jedna z możliwych. Wynikająca z określonych tradycji i środowisk. To nie jest jedyna interpretacja — i dziś nie jest nawet dominująca wśród chrześcijan na świecie.
Są gejowscy księża, teologowie, pastorzy, którzy czytali tę samą Biblię co ty — często w oryginalnych językach i z dużo większą wiedzą — i doszli do zupełnie innych wniosków. Całe wspólnoty religijne wierzą, że Boża miłość nie zależy od tego, kogo kochasz.
Nie mówię ci, w co masz wierzyć. Ale mówię jasno: głos w twojej głowie, który mówi, że sprawa jest przesądzona — to nie jest głos Boga. To głos konkretnej tradycji, której wolno ci nie przyjmować bezkrytycznie.
Masz prawo zadawać pytania. Gdyby ludzie nigdy nie kwestionowali tego, czego ich uczono o Bogu, nie byłoby reformacji, oświecenia ani nawet chrześcijaństwa. Sam Jezus podważał obowiązujące wtedy zasady i interpretacje. To też jest częścią tej historii.
Nie wiem wszystkiego o Chrystusie. Nie wiem nawet, na ile dokładnie opisy są historyczne. Ale zawsze czułem, że jego przesłanie było większe niż normy dotyczące płci i seksu — bardziej o miłości niż o zakazach. A teksty, tłumaczone setki razy przez tysiące lat, nie są nieomylne, zwłaszcza gdy próbują mówić z absolutną pewnością, co Bóg myśli o konkretnych ludziach. Widzę w nich także ludzkie uprzedzenia.
Dorastałem w bardzo religijnym środowisku. Głos, który teraz słyszysz w swojej głowie, był wszędzie — w rodzinie, w kościele, w szkole. Bardzo wcześnie zrozumiałem, że jestem jednym z tych ludzi, o których mówi się z pogardą. Najpierw to był strach. Później gniew.
Znam to uczucie: modlić się, żeby być kimś innym, i budzić się codziennie takim samym.
Znam wstyd. Ale znam też to, co jest po drugiej stronie.
Wstyd nie znika od razu. Moja relacja z wiarą stała się bardziej złożona. Nie mam już tej ślepej pewności, którą miałem kiedyś. Ale mam coś spokojniejszego i bardziej otwartego. Jeśli Bóg istnieje — widzę go w miłości.
Widzę go w czułości, w trosce, w relacjach między ludźmi. W tym, że możemy się nawzajem wspierać i kochać.
Piszesz, że życie gejów to „krótkie życie pełne bezsensownego seksu i tymczasowych relacji”. Rozumiem, skąd to się bierze — to obraz, który ci przekazano. Ale to nie jest rzeczywistość.
Jeśli miłość jest bezsensowna, bo kiedyś się kończy, to każda miłość jest bezsensowna. Każda kończy się śmiercią. A jednak ludzie kochają.
Widziałem związki między mężczyznami trwające dziesiątki lat. Widziałem oddanie, troskę, opiekę w chorobie. To nie jest bez znaczenia. To jest głęboko ludzkie i wartościowe.
Natomiast widziałem też ludzi, którzy próbowali „naprawić się”, żyć wbrew sobie, zakładać rodziny z nadzieją, że coś się zmieni. I bardzo często kończyło się to cierpieniem — ich własnym i ich partnerów.
Zaprzeczanie sobie i nienawiść do siebie niszczą życie. Miłość do siebie je ratuje.
Nie musisz wszystkiego rozstrzygać teraz. Nie musisz od razu podejmować wielkich decyzji. Ale gdzieś na świecie jest ktoś, kto będzie chciał cię kochać i być przez ciebie kochanym.
Przetrwaj ten trudny czas dla niego. I dla siebie. To naprawdę może być coś dobrego.
źródło Out Magazine





Komentarze