top of page

Homofobia na trybunach wciąż problemem. Kibice Leeds United apelują o realne działania

  • Zdjęcie autora: Newsroom Darius
    Newsroom Darius
  • 6 lut
  • 2 minut(y) czytania

Andrew Tilly i Drew Harrison od lat wiernie jeżdżą za Leeds United – na mecze domowe i wyjazdowe. Przyjaźń połączyła ich nie tylko miłość do klubu, ale też wspólna misja: niemal dekadę temu założyli oficjalną grupę kibiców LGBTQ+ Leeds United – Marching Out Together. Dziś jest to jedna z największych tego typu inicjatyw w Wielkiej Brytanii, skupiająca setki członków.


Choć obaj są przyzwyczajeni do tego, że na stadionach czasem słychać homofobiczne komentarze, a nawet przyśpiewki, zazwyczaj czują się na siłach, by reagować i zwracać uwagę sprawcom. Jednak jedno z wydarzeń w obecnym sezonie było na tyle drastyczne, że zmusiło ich do opuszczenia stadionu.


– Z powodu homofobicznych uwag mój przyjaciel poczuł się na tyle zastraszony, że powiedział, iż chce wyjść. Nie mieliśmy innego wyjścia – relacjonuje Tilly w podcaście Football v Homophobia.


Homofobiczne wyzwiska przy dziecku

Do incydentu doszło 1 listopada podczas wyjazdowego meczu Leeds z Brighton. Jak opowiada Tilly, za nimi siedział mężczyzna z kilkuletnim synem, który w trakcie spotkania wielokrotnie używał homofobicznych określeń.


– To było szokujące, że robił to w obecności własnego dziecka. W pewnym momencie krzyczał w stronę kibiców Brighton „queer b*stards” w ramach przyśpiewki – mówi Tilly.


Obiektem ataków słownych stał się także napastnik Brighton, Danny Welbeck. Gdy Tilly zwrócił kibicowi uwagę, ten zareagował agresją i kontynuował obraźliwe okrzyki. Po strzelonym golu zaczął prowokować Tilly’ego, sugerując, że „jest jednym z nich”, używając kolejnych homofobicznych komentarzy.


Wtedy Tilly i Harrison zdecydowali się opuścić trybuny, mimo że inni kibice próbowali ich zatrzymać i okazywali wsparcie. Jeden z nich następnego dnia skontaktował się z Marching Out Together, deklarując gotowość złożenia zeznań, aby sprawca został objęty zakazem stadionowym.


Brak reakcji instytucji

Incydent został zgłoszony zarówno policji obecnej na meczu, jak i klubowi Brighton oraz Leeds United. Tilly usłyszał, że sprawa będzie analizowana na podstawie nagrań wideo. Mimo upływu czasu – jak twierdzi – nie otrzymał jednak żadnej odpowiedzi ani od policji, ani od klubów.


– To bardzo zniechęcające. Jeśli zgłoszenia nie są rozpatrywane, ludzie przestaną reagować. A przecież to kluby mają realną władzę – mogą szybko podejmować decyzje, w tym nakładać zakazy stadionowe – podkreśla Tilly.


Jego zdaniem nawet pojedynczy incydent może sprawić, że osoby LGBTQ+ całkowicie zrezygnują z chodzenia na mecze.


„Edukacja to za mało”

Do sprawy odniósł się również Steve Wignall, przewodniczący Marching Out Together. – Zawsze stawialiśmy na edukację, ale są sytuacje, w których to nie wystarcza. W takich przypadkach potrzebne są realne konsekwencje: zakazy stadionowe i wsparcie ze strony policji oraz klubów – mówi.


Historia Tilly’ego i Harrisona pojawia się w czasie szczególnym. Luty to w Wielkiej Brytanii Miesiąc Historii LGBT+, a także coroczny Month of Action organizowany przez kampanię Football v Homophobia, walczącą z dyskryminacją w piłce nożnej na całym świecie. W tym sezonie Premier League uruchamia także nową inicjatywę „With Pride”, po zakończeniu współpracy z kampanią Rainbow Laces.


Dane brytyjskiego Home Office pokazują jednak, że liczba zgłoszonych incydentów anty-LGBTQ na stadionach Premier League i EFL rośnie. Zdaniem aktywistów to wyraźny sygnał, że symboliczne gesty nie wystarczą – potrzebne są szybkie i zdecydowane działania.


Leeds United i Brighton znajdują się wśród 30 klubów, które oficjalnie wsparły działania Football v Homophobia. Dla Tilly’ego i Harrisona kluczowe jest jednak, by za deklaracjami szły konkretne decyzje. Jak podkreślają, tylko wtedy stadiony mogą stać się miejscem naprawdę bezpiecznym dla wszystkich kibiców.


źródło Out Sports

Komentarze


bottom of page