„Wymarzony Nobel” Donalda Trumpa. Symboliczny gest, który odsłania brutalną prawdę o światowym bezpieczeństwie
- Newsroom Darius
- 18 sty
- 2 minut(y) czytania

Donald Trump doczekał się swojego „wymarzonego” Nobla – choć w formie dalece odbiegającej od oficjalnej Pokojowej Nagrody Nobla. María Corina Machado, liderka wenezuelskiej opozycji, przekazała mu własny medal Noblowski jako symbol wdzięczności. Gest ten, jak pisze na łamach Wirtualnej Polski Tomasz Terlikowski, jest jednocześnie groteskowy i głęboko niepokojący, bo obnaża mechanizmy, od których dziś zależy bezpieczeństwo świata – w tym Polski.
Zdaniem autora Machado znalazła się w sytuacji bez realnego wyboru. Przyszłość Wenezueli, jej demokratyzacja oraz bezpieczeństwo obywateli w ogromnym stopniu zależą od decyzji prezydenta Stanów Zjednoczonych. Trump zaś – jak podkreśla Terlikowski – nie ukrywa, że bardziej niż wartości interesuje go własne ego oraz twardy biznes, szczególnie ten związany z petrodolarami. Skoro realne gwarancje ekonomiczne może zapewnić mu obecny układ władzy w Caracas, opozycja nie miała w ręku wielu kart. Jedną z nich okazał się symboliczny „Nobel”.
Trump medal przyjął bez wahania i dodatkowo się nim pochwalił. Na stronach Białego Domu pojawiło się zdjęcie, na którym stoi obok Machado, trzymając oprawioną w złoto tablicę z medalem i dedykacją dziękującą mu za „zdecydowane działania na rzecz wolnej Wenezueli”. Sam prezydent napisał w mediach społecznościowych, że był to „wspaniały gest wzajemnego szacunku”.
Według Terlikowskiego polityk posiadający minimum wyczucia i klasy dyplomatycznej odmówiłby przyjęcia takiego symbolu, oddając hołd prawdziwej noblistce. Trump jednak – jak twierdzi autor – nie tylko przyjął medal, ale zrobił to z przekonaniem, że mu się on po prostu należy. Cała scena stała się demonstracją jego narcyzmu i potrzeby publicznego potwierdzania własnej wielkości.
Publicysta zwraca też uwagę na niepokojącą analogię historyczną. Jedynym wcześniejszym przypadkiem przekazania medalu Nobla innemu politykowi było oddanie go w 1943 roku przez Knuta Hamsuna Josephowi Goebbelsowi. Choć sytuacje nie są tożsame, fakt istnienia takiej analogii sam w sobie jest alarmujący.
Najważniejszy wniosek autora dotyczy jednak teraźniejszości. Na czele światowego supermocarstwa stoi człowiek, którego życzliwość – jak wynika z tej historii – można „kupić” symbolicznymi gestami i pochlebstwem. Bezpieczeństwo Polski, przyszłość NATO i stabilność Zachodu w dużej mierze zależą dziś od osoby kierującej się próżnością, a nie długofalową odpowiedzialnością.
To właśnie ten wniosek, zdaniem Terlikowskiego, jest najbardziej niebezpieczny. Światowe mocarstwa z pewnością wyciągają z tej sceny własne lekcje – a ich konsekwencje mogą być dla globalnego porządku znacznie poważniejsze niż sam „żałosny” medal.


Komentarze