Opinia: Wojna z Iranem – kto naprawdę na niej zarobi?
- Newsroom Darius
- 9 mar
- 3 minut(y) czytania
Decyzje militarne wielkich mocarstw niemal zawsze mają dwa oblicza. Oficjalnie mówi się o bezpieczeństwie, stabilizacji regionu czy obronie sojuszników. W praktyce jednak wojny bardzo często okazują się ogromnym biznesem – dla przemysłu zbrojeniowego, sektora energetycznego i finansowych elit. Obecna eskalacja konfliktu wokół Iranu pokazuje to wyjątkowo wyraźnie.
Według informacji medialnych Pentagon przekierowuje tak duże ilości broni i amunicji na potrzeby wojny z Iranem, że dostawy dla sojuszników Stanów Zjednoczonych w Europie i Azji mogą zostać opóźnione nawet o kilka lat. Niektóre zamówienia – złożone jeszcze wiele lat temu – mogą w ogóle nie zostać zrealizowane. To pokazuje, jak ogromna jest skala zużycia sprzętu w nowoczesnym konflikcie.
Kto zarabia na wojnie
W takich sytuacjach powtarza się dobrze znany schemat.
Zarabia wielki biznes zbrojeniowy.
Zarabiają firmy energetyczne.
Zarabiają inwestorzy finansowi, którzy odpowiednio wcześnie kupują akcje i surowce.
Zarabiają polityczni sojusznicy władzy.
W debacie publicznej coraz częściej pojawiają się oskarżenia pod adresem Donald Trump oraz jego otoczenia. Krytycy wskazują, że jego syn – Donald Trump Jr. – miał kupić akcje spółek naftowych o wartości około 50 milionów dolarów krótko przed gwałtownym wzrostem cen ropy. Gdy konflikt się zaostrzył, ceny surowca natychmiast wystrzeliły w górę.
Ropa i panika na rynkach
Reakcja rynków była natychmiastowa.
Cena ropy typu West Texas Intermediate przekroczyła 118 dolarów za baryłkę, rosnąc momentami o około 30 procent. Podobnie zachowała się ropa Brent Crude.
Na światowych giełdach pojawiła się panika. W Tokio indeks Nikkei 225 spadł o około 7 procent, w Seul wskaźnik KOSPI zanurkował o niemal 6 procent, a handel musiał zostać chwilowo wstrzymany. Spadki odnotowano także w Sydney, Szanghaj i Hongkong.
Dla inwestorów oznacza to niepewność. Dla przeciętnego obywatela – rosnące koszty życia. Droższa ropa oznacza bowiem droższy transport, energię i w konsekwencji wyższe ceny niemal wszystkich produktów.
Koszt wojny
Prezydent Alexander Stubb z Finlandia zwrócił uwagę na skalę wydatków: jeden tydzień walk może kosztować około 40 miliardów dolarów. To mniej więcej tyle, ile Unia Europejska przeznacza rocznie na pomoc dla Ukraina.
To pokazuje brutalną prawdę o współczesnych konfliktach – są one niezwykle kosztowne i pochłaniają gigantyczne zasoby finansowe.
Polityka i propaganda
Sam Donald Trump twierdzi, że krótkoterminowy wzrost cen ropy jest niewielką ceną za bezpieczeństwo świata i powstrzymanie nuklearnego zagrożenia ze strony Iran. Krytycy odpowiadają jednak, że podobne argumenty pojawiały się już wcześniej – na przykład podczas wojen na Bliskim Wschodzie w XXI wieku.
Historia pokazuje też, że zmiana reżimów militarną siłą rzadko przynosi oczekiwane rezultaty. Wystarczy przypomnieć dwudziestoletnią interwencję w Afganistan, gdzie po ogromnych kosztach finansowych i ludzkich władzę ponownie przejęli Talibanie.
Kto płaci najwyższą cenę
Największym paradoksem każdej wojny jest to, że jej koszty ponoszą głównie ci, którzy mają najmniej do powiedzenia:
żołnierze, którzy giną na froncie,
cywile żyjący w strefie konfliktu,
zwykli obywatele płacący coraz więcej za paliwo, energię i żywność.
W tym samym czasie część elit finansowych potrafi na wojnie zarabiać.
Europa w cieniu konfliktu
Jeśli konflikt będzie się przedłużał – a niektóre izraelskie prognozy mówią nawet o kilku tygodniach walk – konsekwencje gospodarcze mogą być poważne również dla Europy. Droższa energia oznacza bowiem presję inflacyjną i nowe napięcia polityczne.
W takich warunkach szczególnie łatwo o populizm. Partie polityczne mogą próbować przerzucać odpowiedzialność za wzrost cen na przeciwników politycznych, zamiast mówić wprost o prawdziwych przyczynach kryzysu.
Jedno pozostaje jednak niezmienne: wojny rzadko kończą się tak szybko, jak zapowiadają ich autorzy – a ich skutki gospodarcze potrafią ciągnąć się latami.





Komentarze