Nigdy tak naprawdę nie zrobiłem coming outu
- Newsroom Darius
- 11 maj
- 3 minut(y) czytania
Moi rodzice od zawsze wiedzieli, że jestem bardziej „ekspresyjny” niż większość chłopaków. Kiedy byłem dzieckiem, czułem się z tym całkiem swobodnie, bo po prostu się nad tym nie zastanawiałem. Byłem sobą — i tyle.
Pierwsza klasa liceum była jednak bardzo trudna. Zmagałem się z zaburzeniami odżywiania i jednocześnie byłem prześladowany przez jednego z chłopaków ze szkoły. Nazywał mnie „gejem” w najbardziej pogardliwy sposób, jaki można sobie wyobrazić.
Tyle że wtedy byłem tak pochłonięty walką z chorobą, że nawet nie miałem przestrzeni, by myśleć o swojej orientacji. Dopiero kiedy trafiłem na terapię i zacząłem wracać do siebie, mogłem spojrzeć na swoje życie inaczej. Był środek drugiej klasy i pomyślałem: „Chcę czegoś więcej od liceum. Nie chcę tylko stać z boku”.
Postanowiłem spróbować swoich sił w cheerleadingu. Był dopiero styczeń, a eliminacje miały odbyć się w maju, więc zacząłem ćwiczyć rozciąganie. Byłem przerażony. Nie wiedziałem, jak ludzie zareagują na chłopaka, który chce dołączyć do szkolnej drużyny cheerleaderskiej.
Chodzę do Cerritos High School, szkoły znanej z sukcesów w krajowych zawodach cheerleadingowych. W głowie miałem same wątpliwości: „Czy jestem wystarczająco dobry? Przecież nawet nie umiem zrobić pełnego szpagatu”.
Wtedy poznałem osobę, która zmieniła wszystko. McKenzie Fox — blondynkę o niebieskich oczach i nieustannym uśmiechu. Dokładnie taką, jaką większość ludzi wyobraża sobie, słysząc słowo „cheerleaderka”. Dowiedziała się, że zamierzam startować w eliminacjach, i zaczęła pisać do mnie na Twitterze pełne entuzjazmu wiadomości.
Po raz pierwszy ktoś naprawdę sprawił, że uwierzyłem, iż mogę to zrobić. Kiedy w końcu nadszedł maj i rozpoczęły się eliminacje, czułem się najbardziej odsłonięty w całym swoim życiu. Przyszedłem z cienkim ręcznikiem do ćwiczeń i butelką wody zachowaną ze szkolnego lunchu. Próby odbywały się na szkolnym dziedzińcu zaraz po lekcjach, więc wszyscy mogli zobaczyć „tego chłopaka próbującego dostać się do cheerleaderek”.
Najgorsze nie było nawet bieganie czy trening. Najgorsze były komentarze. Spojrzenia chłopaków patrzących, jak ćwiczę z dziewczynami, rozciągam się i próbuję układów choreograficznych. Czułem, jakbym był w miejscu, do którego nie należę. Jakbym robił coś złego.
A do tego cheerleading okazał się piekielnie trudny. Nie potrafiłem wykonać większości ruchów ani skoków. Po pierwszym dniu chciałem zrezygnować. Wymyślałem już nawet historię, że mama nie pozwala mi startować — mimo że była moją największą podporą.
Wtedy dostałem wiadomość od McKenzie.
„Wiem, że jest ciężko i że wielu ludzi lubi się wyśmiewać, ale nie poddawaj się. Wiem, że dasz radę!”
To była jedna z najważniejszych rzeczy, jakie ktokolwiek mi powiedział. Nagle zrozumiałem, że moje marzenie o cheerleadingu było przytłumione przez strach przed opinią innych ludzi. Postanowiłem wytrwać.
W dniu właściwych przesłuchań byłem kompletnie roztrzęsiony. Chciałem po prostu dać z siebie wszystko. Trenowałem miesiącami i cały ten wysiłek prowadził właśnie do tej chwili.
Kilka dni później na szkolnej tablicy pojawiła się lista osób przyjętych do drużyny.
To było niesamowite uczucie — zobaczyć, że ciężka praca naprawdę może przynieść efekty. Że dobre rzeczy mogą przydarzyć się także mnie.
Z czasem stawałem się coraz lepszy. Mój niezdarny skok zamienił się w profesjonalny toe touch, a zwykłe przewroty w bardziej zaawansowane akrobacje. Cheerleading dał mi coś więcej niż sport.
Dał mi pewność siebie. Dał mi spokój z własnym ciałem. Kiedyś obsesyjnie liczyłem każdą kalorię. Dziś bardziej przejmuję się tym, czy mam wyprostowane palce podczas skoku i czy moje ruchy są wystarczająco dynamiczne.
Nigdy nie zapomnę pierwszego szkolnego występu. Byłem przerażony, bo cała szkoła miała pierwszy raz zobaczyć mnie w mundurku cheerleaderskim. Podczas układu zrobiłem toe touch i wpadłem prosto w szpagat.
Cała sala oszalała. Po tamtym występie zaczęli pisać do mnie chłopacy na Instagramie. Mówili, że sami myślą o cheerleadingu, bo zobaczyli, że ja się odważyłem.
Kiedyś wydawało mi się to niemożliwe. Dziś sezon zawodów już się skończył, a ja chodzę na zajęcia z akrobatyki, żeby rozwijać umiejętności przed kolejnym rokiem.
Gdyby ktoś powiedział mojej młodszej wersji, gdzie będę teraz, nigdy by w to nie uwierzyła. A jednak jestem tutaj. I jestem najszczęśliwszy w całym swoim życiu.
źródło Out Sports





Komentarze